Szlak Karola Goduli. Fascynująca podróż śladem Króla Cynku i górnośląskiej historii. Cz. II
- 2 dni temu
- 13 minut(y) czytania
Dalsza część losów Karola Goduli, poznawanych na szlaku jego imienia. Przekraczam granicę w Rudzie, wpadam w kominową nostalgię w Orzegowie, przyglądam się historycznym zmianom na Bobrku, aż w końcu docieram do kresu mej trasy w Szombierkach.

To druga część wpisu o szlaku śladami Króla Cynku Karola Goduli. Część pierwsza do przeczytania tutaj.
Orzegów. Tam gdzie króluje śląska cegła a skarbek nie szczędzi życia.
Z Goduli idę na Orzegów. Na terenie hałdy kopalni Karol wybudowano w PRLu Park Młodzieży, a niedawno także nowoczesną Burloch Arenę. Szybko wracam jednak do przełomu XIX i XX wieku. Już w 1826 roku Orzegów zakupił Karol Godula. Z ulicy Bytomskiej (niegdyś „centrum” Orzegowa) wchodzę na ulicę Młodego Górnika. Znów mogę zachwycać się harmonią robotniczych budynków. Prosta forma, praktyczna i skromna architektura. A dla mnie także niezwykle urocza. Niewielki Orzegów pełen jest czerwonych kamienic. Dzielnica jednak różni się od tych już za mną. Większość kamienic nie jest odnowiona, nic tu nie jest sztucznie upiększone i poprawione. Familoki żyją tu w ciągłej linii łączącej je z początkiem XX wieku. Położony na uboczu Orzegów zachował swój bezpretensjonalny charakter. Czasami tylko element współczesności przypomni, że czasy przemysłowej rewolucji są dawno za nami. Hotel Victoria nie przyjmuje już gości, a orzegowski Ratusz nie pełni swej funkcji. Przebywając w takich miejscach, a później je opisując, muszę powstrzymywać się przed wpadnięciem w tak zwaną kominową nostalgię. Mitologizowanie przeszłości przychodzi nam z łatwością. Idealizowanie życia na wsi a nawet życia na XIX-wiecznej kolonii robotniczej. Widzimy ten świat przez pryzmat wielkiego rozwoju, etosu pracy, bliskich relacji międzyludzkich, skoku cywilizacyjnego, estetycznych kamienic i uroczych familoków. Obraz ten nierzadko wspierany jest przez rodzinne wspomnienia, filmy Kutza, opisy z książek, zdjęcia bawiących się dzieci i uśmiechniętych mieszkańców tych osiedli, młodych górników i hutników zapewniających jak kopalnia o nich dbała, jak kiedyś było lepiej, a wszyscy sobie pomagali. Jednak prawda zawsze leży pośrodku i choć urzekają mnie te osiedla, widzę je z perspektywy niedymiących ołowiem kominów, zielonych parków, przestrzegania zasad BHP, praw pracowniczych i równouprawnienia.
Pierwsza kopalnia König David działała na granicy Orzegowa i Szombierek już w 1768 roku (miał ją odwiedzić sam Johann Wolfgang von Goethe). Ale właściwy przemysłowy rozwój przyniósł dzielnicy dopiero jej właściciel Karol Godula. W 1829 roku otwarł tu kopalnię Gotthardschacht (późniejszy Karol), która stała się jedną z większych w regionie. Wydobywano z niej węgiel koksowy, opłacalne było więc założenie przykopalnianej koksowni Gotthard (później Orzegów). Dziś pozostałości po koksowni to kolejny pięknie zrewitalizowany obiekt przemysłowy na rudzkim odcinku mojej trasy. Trzeba pochwalić Rudę Śląską za te inicjatywy. To jedno z najbardziej śląskich miast na Górnym Śląsku potrafi zachować i upamiętnić dziedzictwo tych, którzy je zbudowali od podstaw. A przy okazji udostępniać je w dostosowanej do współczesności formie.
Wędruję ulicą Hlonda, w tle dymią kominy byłej huty Bobrek, w oddali widzę już trzy charakterystyczne kominy EC Szombierki. W tutejszym kościele św. Michała Archanioła także znajdują się witraże przedstawiające fundatora świątyni, hrabiego Jana Ulryka Schaffgotscha. Czerwona cegła ulicy Królowej Jadwigi prowadzi mnie wprost na stary cmentarz. Warto tu wejść, choć na chwilę. Zobaczyć te mieszane śląsko-polsko-niemieckie losy, nazwiska, języki. Śląska sprzed stu lat nie da się łatwo zdefiniować. Nagrobki przypominają jak ciężka była praca śleprów, bergmanów, huciorzy i innych fachmanów i jak często oddawali za nią życie. Na cmentarzu, w Mauzoleum Górników leżą ofiary katastrofy w kopalni Paulus-Hohenzollern, którzy w 1898 roku spadli na dno szybu wraz z niesprawną szolą. Ówczesne warunki pracy byłyby nie do pomyślenia w dzisiejszych czasach. O śmierć i wypadki nie było trudno. Po śląskich ulicach chodziło wielu niepełnosprawnych, kalek, którzy zdrowie i życie poświęcili hutom i kopalniom. Szczynść Boże!

Kieruje się ulicą Orzegowską, w tle połyskuje wieża kościoła św. Józefa, w kierunku którego zmierzam. Skręcam w ulicę Wincentego a dalej w Szyb Bartosza. W końcu dochodzę do miejsca (okolice ulic Orzegowskiej, Matejki), gdzie w 1812 roku Karol Godula z pomocą funduszy hrabiego Ballestrema otwarł Carlshütte – zakład, od którego rozpędziła się jego kariera oraz który zmienił bieg historii – Goduli, całej okolicy a może i trochę świata?
Huta cynku Karol (nadana nie na cześć pomysłodawcy, a hrabiego Karola von Ballestrema) szybko stała się najnowocześniejszą i największą cynkownią w całej wschodniej Europie. Za ten odważny krok należy Goduli oddać hołd uznania. W tamtym okresie rudy cynku nie mały jeszcze takiego znaczenia gospodarczego. To się wkrótce zmienia, czyniąc Ballestremów jedną z najbogatszych familii na Górnym Śląsku. A Karola udziałowcem w owej hucie. Ten sukces pozwolił mu na dalsze inwestycje, już na własny rachunek. Godula chciał uniezależnić się od rynku i stworzyć w pełni zamknięty system, przemysłową maszynę, zależną tylko od niego. Kupował tereny pod budowę własnych hut oraz ziemie, pod którymi występuje glinka ogniotrwała, potrzebna do budowy pieców do wytopu cynku. Skupował pola i hałdy po hutach żelaza, skąd wydobywał galman, osad cynkowy potrzebne mu w zakładanych cynkowniach i hutach. Do ich funkcjonowania potrzebny był węgiel – kupował więc pola górnicze i kopalnie. Zajmował się także handlem oraz transportem wytwarzanych surowców. Lasy zamieniał w drewno a pola w produkty, które sprzedawał potem swoim pracownikom. Jego wkład w powstanie oraz rozwój przemysłu cynkowego jest ogromny. Dzięki niemu, Górny Śląsk zdominował światową produkcję tego surowca. To właśnie stąd wyruszało 40% światowej produkcji cynku, które Klodnitz-Kanal i Odrą płynęło do Niemiec, Europy czy Indii. Gdyby nie Carlshütte i jej ogromny sukces, los Karola Goduli mógłby potoczyć się inaczej a ja nie wędrowałabym dziś jego szlakiem. Tytuł Króla Cynku zdecydowanie mu się należy.
Carlhütte zlokalizowana była przy kopalni Brandendburg, pierwotnie założonej już w 1752, czyniąc ją jedną z najwcześniejszych kopalni mijanych na mojej trasie. W późniejszych lata Brandenburg został przemianowany na Wawel, by w 1931 roku połączyć się z inną starą kopalnią Wolfgang (późniejszy Walenty – Wawel). W owych czasach z ziemi wyrastało wiele szybów, z których zachowały się ruiny szybu Johann i Baptist, a jedynym szybem, który od połowy XIX wieku wciąż dumnie stoi jest szyb Franciszek. Jest on częścią zespołu zabytkowych budynków kopalni Brandendburg, na który składają się: wieża wyciągowa z stalową konstrukcją wyprodukowaną we Friedenshütte, maszynownia oraz neoromańska i zwieńczona wieżyczką remiza straży pożarnej. Rewitalizowana obecnie remiza ma być zamieniona na mieszkania komunalne. Od czasu funkcjonowania na tym terenie huty cynku oraz kopalni minęło wiele lat. Ten wielki obszar wciąż dotknięty jest swoim przemysłowym dziedzictwem. Silnie przekształcony przez przemysł krajobraz, gleba, na której jeszcze przez lata nic nie wyrośnie, to konsekwencja rozwoju i kolejny zauważalny element śląskiej przestrzeni.

Za torami znajduje się już kolejna dzielnica na mojej trasie – Ruda.
Ruda. Łagodny Diabeł z Rudy.
Zanim dojdę do obowiązkowego przystanku na szlaku Karola Goduli, czyli miejsca gdzie mieszkał Diabeł z Rudy, odbędę historyczny spacer po najstarszej dzielnicy Rudy Śląskiej. W 1543 roku właściciel Rudy Jan Gierałtowski otrzymał przywilej górniczy, w XVIII stuleciu rozpoczęto tu prymitywne wydobycie węgla kamiennego a w XIX wieku Ruda znajdowała się w dobrach potężnego rodu hrabiów von Ballestrem.
Za torami, przy dworcu PKP Ruda, w oczy rzuca się bogato zdobiony budynek Gospody Hrabiowskiej z 1895 roku, wybudowany z fundacji Franciszka Ballestrema. Pełnił funkcje hotelu, restauracji, sali bankietowej. A po wojnie był Domem Kultury KWK Wawel. Kopalnia już nie fedruje, co upamiętnia pomnikowy wagonik z węglem i datami 1752 - 1998. Stoi przy ulicy Wolności, wzdłuż której ciągną się zabytkowe szkoły, dostojne kamienice, ceglane familoki a także wysokie bloki z wielkiej płyty, które trochę przykryły cieniem te ceglane pomniki przeszłości. Na tejże ulicy, w budynku byłego ratusza gminy Ruda mieści się dziś Muzeum Miejskie. Przewodnikiem i lektorem jest w nim Karol Godula, a samo zwiedzanie rozpoczyna się biograficznym filmem o rudzkim synu. Możemy tu stanąć z Karlem twarzą w twarz, także zdecydowanie warto tu wstąpić.
Ruda jest za to kolejnym przykładem pięknej architektury robotniczej. Wzdłuż ulic Staszica, Wieniawskiego, Wolności i Kościelnej hrabia Ballestrem wybudował około 1900 roku osiedle patronackie, które, wraz z osiedlem Karmańskie, stanowi dziś perłę dzielnicy i jej znak rozpoznawczy. Ciemnoróżowe budynki mieszkalne charakteryzują się ciekawymi detalami architektonicznymi, wolutami na trójkątnych ścianach szczytowych i gzymsach. Te oryginalne rozwiązania to miły dla oka i duszy element, estetyczny detal w pełnym znoju ówczesnym życiu. Czerwona cegła i ramy okienne zachowały się od wewnętrznej strony, czyli od placu. Oprócz budynków mieszkalnych na całą kolonię robotniczą składa się także zabudowa gospodarcza, szkoła oraz kościół Matki Boskiej Różańcowej (z zabytkową Pasja z 1893 w narożniku). Tutejsza architektura nadaje osiedlu małomiasteczkowy klimat, przenosząc mnie myślami w rejon Opolszczyzny.
Istniejąca już przed wybuchem przemysłowej rewolucji wieś Ruda skupiała się wokół ulic Starowiejskiej i Bujoczka. W tej okolicy zachował się rudzki piekarok z 1900 roku. Kilka razy w roku wciąż piecze się w nim chleb.
Rów Rudzki, który po plebiscycie stanowił granicę między Polską a Niemcami, prowadzi mnie na ruiny Zamku Rudzkiego oraz domu Karola Goduli. Pierwotnie zamek wybudować miał ród Rudzkich pod koniec XIV wieku. W XVIII wieku przeszedł w ręce Ballestremów, został rozbudowany, jednak po ich rezydencji niewiele zostało. Pałac został spalony w 1945 roku przez Armię Czerwoną. Do dziś zachowały się jedynie fragmenty murów oraz piwnice. Zaraz obok pałacu stał inny obiekt, ważny z punktu widzenia naszego szlaku – dom Karola Goduli. Niestety nie zachował się.

Godula prowadził życie samotnika. Nie miał żony, nie mógł mieć dzieci, unikał towarzystwa. Był skryty i pomimo swojego bogactwa, żył skromnie. W Szombierkach wybudował wielki pałac, jednak wykorzystywał go tylko w celach reprezentacyjnych. Na co dzień mieszkał w swoim starym domu w Rudzie, wybudowanym około roku 1809. Miejskie legendy mówią o dziwnych eksperymentach, które Karol miał tu przeprowadzać. To w rudzkim domu miał podpisać pakt z diabłem, o który go posądzano, zazdroszcząc mu bogactwa i zdolności do pomnażania pieniędzy. Łatwiej było uwierzyć, że to sprawka konszachtów z diabłem niż wiedzy i biznesowego zmysłu.
Wracam na dworzec, przechodzę pod torami i wzdłuż parku miejskiego imienia Augustyna Kozioła, kapelmistrza Orkiestry Dętej Kopalni „Walenty-Wawel”. Idę ulicą upamiętniającą Balleastremów i mijam neoromański kościół św. Józefa, którego wieże dostrzegłam już z Orzegowa. Został ufundowany przez Franza von Ballestrema, który spoczywa tu w rodzinnej krypcie grobowej. Inspiracją dla tego projektu była rzymska bazylika San Lorenzo di Campo Verano. Rzędy równych kamienic-familoków stoją przy ulicy Piastowskiej. Czyżby nazwa ulicy miała zrównoważyć byłą niemieckość tych terenów?

Po lewej mijam Rudzką Kuźnicę. Nazwa tej niewielkiej dziś koloni pochodzi od Rudahammer, kuźnicy żelaza, która stanęła tu już w 1642 roku. Później hrabia Ballestrem postawił tu familoki dla robotników jego zakładów. Im dalej tym zabudowa rzadsza, w końcu jestem na terenie przygranicznym. Rudzka Kuźnica znajduje się na granicy Rudy i Bytomia (oraz Zabrza), i tak było też w latach 20 XX wieku, kiedy przeprowadzone plebiscyty podzieliły Górny Śląsk a rzeka Bytomka stała się granicą między Polską a Niemcami. Pamiątką po tych czasach są ruiny dawnego posterunku granicznego stojącego dosłownie pomiędzy obecnymi znakami drogowymi Ruda Śląska (Polska) i Bytom (Niemcy), oraz tory tramwajowe. Granica przedzieliła tor kursującego z Zabrza ulicą Borsigwerkerstrasse wówczas niemieckiego tramwaju, który na tym odcinku zmuszony był korzystać z torów po polskiej stronie. Tramwaj przekraczał niemiecko-polską granicę, nie zatrzymując się na niej, a kierując bezpośrednio do niemieckiego Bytomia. Przemysłową historię okolicy można wyczytać w lokalnej topografii. Ulica Stara Cynkownia upamiętnia istniejącą w XIX wieku hutę cynku Bobrek (zbudował ją Godula w 1844, po 20 latach oczekiwania na zgodę na budowę). Po lewej stronie dymią szyby Mikołaj i Jadwiga z nieodległych Biskupic, dzierżawionych niegdyś przez Godulę. Przechodzę granicę i wkraczam do Bytomia, do dzielnicy Bobrek.

Bobrek. Niewygodna podróż z XIX wieku do lat 90-tych XX wieku.
Rozwój przemysłu powoduje szybki przyrost liczby mieszkańców. Wsie przeradzają się w miasta. W powiecie bytomskim pracuje 100 000 ludzi, stając się najbardziej uprzemysłowioną częścią Górnego Śląska. Wielu z tych robotników znajduje zatrudnienie u Goduli. Jest on uznawany za pracodawcę surowego, wymagającego, ale też sprawiedliwego. Nie znosił pijaństwa, złodziejstwa i lenistwa. Dla swoich robotników budował familoki, zapewniał bezpłatną opiekę zdrowotną oraz wsparcie finansowe i żywieniowe podczas klęsk, jak epidemia tyfusu w 1847. Zaś podczas ekonomicznego kryzysu jakim była Wiosna Ludów, jako jedyny przedsiębiorca na Górnym Śląsku utrzymał ruch na kopalniach i hutach, nie zwalniając pracowników. Bywało, że śmiano się z jego praktyk, mówiąc, że Godula śledziami płaci. Pracowników wynagradzał bowiem bonami na żywność, co miało z jednej strony zabezpieczyć żony i dzieci tych pracowników, którzy chętnie sięgali po alkohol, a z drugiej sprytnie przynieść Goduli kolejne zyski (sklepy należały do Goduli). Nie były to czasy praw pracowniczych a wyzysk był wówczas normą. Pomimo tego, Godula zapisał swoim pracownikom w testamencie 50 tys. talarów.
Na Bobrku wita mnie stare budownictwo oraz kościół św. Rodziny z zabytkową plebanią oraz umieszczoną na ścianie kościoła i napisaną po niemiecku tablicą upamiętniającą poległych w I wojnie światowej. Równoważy go stojący obok pomnik Powstań Śląskich. W oddali, ponad cmentarzem prężą się już coraz bliższe kominy Elektrociepłowni w Szombierkach, która rurociągami połączona była z najważniejszym zakładem w dzielnicy – Hutą Bobrek.
Wędruję ulicą Konstytucji - główną osią osiedleńczą dzielnicy, która wyrosła nad rzeką Bobra, wśród pól oraz wokół powstającego zakładu Julienhütte (wcześniej Vulkan i Moritz, potem Bobrek). Bobrek to żywy skansen śląskiej robotniczej architektury przełomu XIX i XX wieku. Mijam ceglaną zabudowę, budynek Starego Ratusza, zabytkową neoromańską siłownię Huty Bobrek, dziś jedyną pamiątkę po Julienhütte, która ma wkrótce przeistoczyć się w Muzeum Koksownictwa. Fascynujące jest z jak wielkim pietyzmem i artyzmem podchodzono niegdyś do projektowania, nawet typowo przemysłowych budynków. Jeden ze starszych obiektów, stojący niegdyś przy ulicy Stalowej, drewniany kościół ewangelicki zobaczymy dziś w chorzowskim skansenie.
Życie Bobrka kręciło się wokół pracy w Julienhütte oraz kopalni Gräfin Johanna – zakładów, które dziś już nie funkcjonują. Hutę Bobrek zamknięto w 1994, a historia kopalni Bobrek (początkowo noszącej nazwę swojej fundatorki Joanny von Schaffgotsch) dzieje się na naszych oczach. Dnia 30.12.2025 szybem Józef (dawny Gräfin Johanna Schacht) na powierzchnie wyjechała ostatnia tona węgla. W tradycyjnym wagoniku umieszczono daty początku i symbolicznego końca wydobycia: 1907-2025. Zamkniecie kopalni Bobrek oznacza koniec ery górnictwa w Bytomiu. Była to bowiem ostatnia fedrująca kopalnia w mieście (z 7 działających kilkadziesiąt lat temu). A Bytom to miasto, które jak żadne inne ucierpiało na skutek przemysłu, który z jednej strony pomógł w rozwoju miasta a z drugiej wpłynął na jego degradację. Rabunkowe wydobycie i chęć zysku przekroczyły granice możliwości adaptacyjnych bytomskiego środowiska. Przepiękne kamienice w centrum Bytomia borykają się z ogromnymi szkodami górniczymi, mieszkańcy osiedli na Karbiu i w Miechowicach narażeni byli na ewakuacje. Choć większość kopalni od lat już nie fedruje, miasto wciąż nie uporało się z pęknięciami domów, dróg, zapadliskami (sięgającymi nawet 30 metrów!), zanieczyszczeniem gleb, zniszczeniami krajobrazu czy nierównościami w strukturze społecznej.

Bobrek stał się niechlubnym symbolem Górnego Śląska lat 90-tych, dziś na szczęście coraz bardziej odchodzącym w niepamięć. Dzielnica została ofiarą niesprawiedliwej transformacji. Budowa przyzakładowych kolonii robotniczych pozwalała wszystkim pracownikom mieć pracę właściwie pod domem, ale spowodowała również to, że upadające zakłady doprowadziły do głębokiego kryzysu a nawet zapaści całych osiedli, na których wszyscy mieszkańcy zawodowo i ekonomicznie związani byli z jednym zakładem pracy. Upadające huty i kopalnie oraz władze samorządowe okazały się bezlitosne w stosunku do przyszłości zabytkowych kolonii a przede wszystkim ich mieszkańców. Utrata pracy, środków do życia, bieda, alkohol, tarapaty – tak dla wielu skończyła się złota era przemysłu. Tym razem zamknięcie kopalni Bobrek nie ma wiązać się z likwidacją miejsc pracy, choć Bytom wciąż czeka na spłatę przez państwo polskie przemysłowego długu, który ma być przeznaczony na transformację miasta.
Po funkcjonujących na Bobrku zakładach pozostała zniszczona ziemia, kilka zabytkowych budynków oraz osiedla robotnicze. To wybudowane dla pracowników kopalni Gräfin Johanna w rejonie ulic Zabrzańskiej i Ustronie. Oraz dwa osiedla dla pracowników Huty Julia. Starsze, pochodzące z 1889 roku powstało na ulicach Konstytucji, Pasteura, Stalowej, Huty Julia. Jego częścią było także kasyno i szpital. Drugą, a przy okazji, jedną z piękniejszych śląskich kolonii, tak zwaną Nową Kolonię Robotniczą (ulice Zabrzańska, Baczyńskiego, Konstytucji, Żwirowa i Stalmacha) wybudowano dosłownie pod kominami karmiącego zakładu. Na osiedla składa się zespół zabytkowych dwu- lub trzykondygnacyjnych budynków, otoczonych zieloną przestrzenią, służącą niegdyś za przydomowe ogródki, a dziś za plac zabaw czy miejsce spotkań. Kolonia zaprojektowana została w stylu historyzmu z elementami modernizmu. Bliższe przyjrzenie się budynkom ukazuje różnorodność detali. Liczne ryzality, ankry, imitacja muru pruskiego i piękne dachy naczółkowe.
Za torami pną się w niebo szyby Gräf Hans Ulryk (dzisiejszy Bolesław) oraz Gräfin Johanna (Józef) – obydwa na Karbiu. Dalej ciągną się Miechowice, gdzie w 1823 Godula otworzył swoja pierwszą kopalnię galmanu Maria – jedną z największych i przynoszących wielkie zyski. Ulicą Zabrzańską kieruję się na Szombierki, a kominy elektrociepłowni są już naprawdę na wyciągniecie ręki.
Szombierki. Wzloty i upadki. Meta w Schomberg.
Skręcam w ulicę Kosynierów, którą prosto, jak po czerwonym dywanie, dochodzę do Elektrociepłowni Szombierki. Jak większość miejsc na mojej trasie i ona ma związek z Godulą, choć nie bezpośredni. Elektrociepłownia powstała już po jego śmierci, z inicjatywy spółki Schaffgotsch Bergwerksgesellschaft GmbH, której właścicielem była spadkobierczyni Goduli Joanna Schaffgotsch. Elektrownia nawet dziś robi ogromne wrażenie. W momencie otwarcia w 1920 roku była jedną z największych elektrowni w Europie. Pracowało w niej nawet 900 osób, a należąca do tej samej spółki kopalnia Gräfin Johanna dostarczała potrzebnego na jej działanie surowca. Piękny zespół ceglanych budynków zaprojektowali kuzyni Georg i Emil Zillmannowie, słynni projektanci Nikiszowca. Na olbrzymi zakład składa się wiele budynków, w tym wieża, na której zamontowano czterostronny zegar marki Siemens und Halske, sprzężony z 54 zegarami działającymi w zakładzie. Nowoczesna historia elektrowni jest jednak dość ponura. Zrabowana przez Sowietów, nieopłacalna po transformacji, niszczejąca po wykupie przez prywatne firmy, które obiecywały „pstrągi w Bytomce”. Obecnie EC Szombierki przeszła w ręce firmy, uznawanej za wiarygodną. Według jej założeń dawna elektrownia ma zamienić się w hotel oraz centrum kulturalno-gastronimiczo-koncertowe. Zobaczymy, czas pokaże...
Szombierki są starą, istniejącą od średniowiecza rolniczą osadą. Wraz z rozwojem przemysłu przybywało ludzi, domów, zakładów, szkół, instytucji. Na dawnych polach wyrastały kominy. W 1826 dzielnicę wykupił Karol Godula za 41 485 talarów. Odtąd miała ona być jego oficjalną siedzibą. Na tę potrzebę wybudował neorenesansową rezydencję – pałac z prawdziwego zdarzenia. Bogato wyposażony w piękne meble, gobeliny i kryształowe żyrandole. Posiadał pokój róż, chiński salon herbaciany oraz salę lustrzaną. Pomimo wielkiego majątku, Karol Godula nigdy nie otrzymał tytułu szlacheckiego. Jako uznany biznesmen pełnił w powiecie bytomskim funkcje publiczne. Po śmierci Goduli rezydencję przejęła Joasia. Podpisała w nim swój kontrakt ślubny z hrabią Hansem Ulrykiem Schaffgotschem. Po wojnie pałac został zniszczony, a w jego miejscu, na ulicy Zabrzańskiej stoi dziś przedszkole. Zaraz obok, byłą właścicielkę pałacu upamiętnia ławka z jej wizerunkiem. W południowej części dzielnicy znajduje się Park Fazaniec, będący pierwotnie częścią pałacu Goduli. Prowadzono tam hodowlę bażantów, później park zamieniono na prywatny park Schaffgotschów, a dziś służy wszystkim mieszkańcom.
Najważniejszym zakładem w dzielnicy była Hohenzollerngrube. Po należącej do Joanny Schaffgotsch kopalni, późniejszym KWK Szombierki, pozostały dwa piękne szyby, odwadniający Ewa (dawny Hohenzollern) oraz szyb wydobywczy Krystyna (dawny Kaiser Wilhelm), na którym funkcjonowała swego czasu największa w Europie maszyna wyciągowa. Szyb Krystyna jest symbolem Bytomia. Przez lata zaniedbany, dziś jako kolejny zabytek śląskiego dziedzictwa przemysłowego ma przejść rewitalizację i zacząć ponownie służyć Ślązakom, choć w odmienionej formie.
W Szombierkach znajdziemy wiele typowo śląskiej zabudowy, szczególnie w okolicach ulic Modrzewskiego, Piątka, Orzegowskiej, Witosa. Na ulicy Zabrzańskiej zachował się Stary Ratusz Szombierski z 1913, choć w odnowiony w polskim stylu, czyli otynkowany i pomalowany na pastelowo.
W końcu po trzech dniach wędrówki z miejsca urodzenia Karola Goduli w obecnej dzielnicy Zabrza Makoszowy dochodzę do szombierskiego kościoła Najświętszego Serca Pana Jezusa, gdzie oficjalnie pożegnam się z moim bohaterem. To właśnie tu, w przyołtarzowej krypcie spoczywa Król Cynku.
Karol Godula przez lata zmagał się z chorobą, prawdopodobnie nerek. Leczył się pijawkami, jeździł do lekarzy w Breslau. Podczas ostatniej, spowodowanej wielkim bólem wizyty, 6 lipca 1848 umiera we wrocławskim hotelu Pod Złotą Gęsią w wieku 67 lat. Jego prochy przez lata spoczywają na wrocławskim cmentarzu (nagrobek już nie istnieje), aż do momentu, kiedy Johanna Schaffgotsch von Schomberg-Godulla funduje w Szombierkach kościół Najświętszego Serca Pana Jezusa i w 1909 przenosi tam szczątki Carla Godulli. Upamiętnia to napis na krypcie grobowej:
Hic quiescit in Domino celsissimus vir Carolus Godulla natus Makosoviae die 8 Novembris 1781 mortus Vratislaviae die 6 Juli 1848 Ossa ejsus e coemetrio Vratislaviensis ad St. Albertum elevata in hoc ecclesia Schombergiensi die 2 Septembris 1909 reposita sunt. R. i. P.*
*Tu spoczywa w Panu najszlachetniejszy mąż Karol Godula, urodzony w Makoszowach dnia 8 listopada 1781 zmarły we Wrocławiu dnia 6 lipca 1848. Jego kości z cmentarza wrocławskiego przy kościele św. Wojciecha zostały przeniesione do tego kościoła w Szombierkach dnia 2 września 1909. Niech spoczywa w pokoju.

Po Goduli została jego wielka legenda, łącząca w sobie element realistyczny – zdolnego przedsiębiorcę i majętnego potentata, ojca górnośląskiej rewolucji przemysłowej, oraz element baśniowy – osobliwą postać pustelnika, diabelskiego wysłannika o okaleczonym ciele, cynkowego alchemika. Niejeden widział Ducha Karola po jego śmierci. A mit króla cynku podrasowuje fakt, że całą fortunę zostawia 6-letniej sierocie, z którą właściwie nic go nie łączyło.
Dla rozwoju górnośląskiego przemysłu a tym samym całego regionu, Karol Godula to postać wybitna, którego spuścizna trwa do dziś. Sprawił, że Górny Śląsk zapewniał połowę światowego zapotrzebowania na cynk. Rozwinął dziesiątki zakładów, w których pracowało wiele śląskich pokoleń, te zaś wraz z awansem społecznym umożliwiły swoim następcom edukację, wygodniejsze życie a w dalszej perspektywie Górny Śląsk AD2026. Jego wiedza z gospodarki, ekonomii i przedsiębiorczości sprawiła, że stał się patronem kilku szkół, w tym Górnośląskiej Wyższej Szkoły Przedsiębiorczości w Chorzowie czy gimnazjum w Szombierkach. Jest przewodnikiem Muzeum Miejskiego im. Chroboka w Rudzie Śląskiej. Jego nazwisko nosi dzielnica Rudy Śląskiej Godula, oraz kilka ulic. Nieprzeciętne życie Goduli stało się inspiracja dla wielu książek. A także dla mojej bajecznej wycieczki.
Nie żegnam się jednak z Karolem na stałe. Jego spuściznę odkrywać będę dalej, na kolejnym szlaku, tym razem śladem jego spadkobierczyni, Joanny Schaffgotsch Gryzik von Schomberg-Godulla, czyli śląskiego Kopciuszka.










































Komentarze