top of page

Szlak Karola Goduli. Fascynująca podróż śladem Króla Cynku i górnośląskiej historii. Cz. I

  • 2 dni temu
  • 14 minut(y) czytania

Mówiono o nim różnie, król cynku, ojciec górnośląskiego przemysłu, Diabeł z Rudy. Losy Karola Goduli są tak niezwykłe, że pewnego zimnego, marcowego poranka postanowiłam wyruszyć ich śladem w fascynującą podróż która wciągnęła mnie na kolejnych kilka miesięcy.



Szlak imienia Karola Goduli został wyznaczony przez bytomskie PTTK, choć obecnie nie jest to szlak przez nich utrzymywany, a przynajmniej ja nie dopatrzyłam się odpowiedniego znakowania. Trasę szlaku wyznaczyłam więc sobie sama. Nie jestem pewna czy idealnie odpowiada tej PTTKowskiej, ale łączy wszystkie miejsca wyznaczone na oficjalnym szlaku. Za przewodników obrałam różne inne szlaki, lub po prostu maszerowałam przed siebie czy kręciłam się po znanych mi dzielnicach. I tak z Zabrza Makoszowy przez Przyszowice, Bujaków Borową Wieś, Halembę, Wirek, Nowy Bytom, Godulę, Orzegów, Rudę i dalej przez Bobrek docieram do mety w Szombierkach. 60 kilometrów marszu przez biografię Karola Goduli.


Moja wyprawa prowadzi od miejsca, gdzie urodził się Karlik, przez huty i kopalnie, które wznosił Carl aż do miejsca, gdzie spoczywa dziś ciało Karola. Mój bohater urodził się jako Carl Godulla i tak też się podpisywał. Ja sama będę wymiennie używać tych trzech zapisów jego imienia, niemieckiego Carl, polskiego Karol i śląskiego Karlik, zaś nazwisko zostawię z jednym 'l'. W czasach kiedy żył Godula, Górny Śląsk był dobrze funkcjonująca maszyną złożoną z niemieckich, śląskich, polskich, a także czeskich, żydowskich i wielu innych elementów. Niełatwo jest Godulę zaszufladkować, co pokaże ta podróż. Zapraszam na fascynującą wędrówkę przez losy jednego z najważniejszych Górnoślązaków.



Zabrze Makoszowy. Narodziny Króla Cynku i początek ery przemysłowej.


Szlak rozpoczynam w dzielnicy Zabrza Makoszowy, czyli na samym początku historii bohatera mojej przygody. A w pewnym sensie także na początku śląskiej ery przemysłowej. Carl Godulla urodził się w 1781 w górnośląskiej rodzinie. Wówczas Makoschau był rolniczą wsią. Zresztą podobnie jak reszta Górnego Śląska, na który składały się wówczas prymitywne chałupy i biedne wsie położone wśród ubogich pól i gęstych lasów. Rewolucja przemysłowa, której makoszowski syn był jednym z kluczowych elementów, dopiero się rozkręcała. Do Makoschau dotarła bezpośrednio w 1890 roku, kiedy działalność rozpoczęła kopalni Delbrück, późniejsza KWK Makoszowy, a szyby i hałdy zastąpiły pola uprawne. Dziś dzielnica powróciła do bycia śląskim przedmieściem z jednorodzinną zabudową. KWK Makoszowy zlikwidowano, przemysł odszedł do przeszłości. Historia zatoczyła koło. W ten wczesnomarcowy, szary poranek Makoszowy prezentuje się raczej mało atrakcyjnie. Nie znalazłam informacji, gdzie dokładnie stał dom rodzinny Goduli.


Młody Karlik został ochrzczony w Przyszowicach, do których teraz zmierzam. Ulicą Legnicką przekraczam graniczną Kłodnicę, za którą od 1922 rozciągała się już Polska. Dziś rzeka również stanowi granicę, choć tylko powiatów, zabrzańskiego i gliwickiego.


Przyszowice – Chudów – Bujaków. Górny Śląsk Rolniczy.


W ówczesnym Preiswitz stał drewniany kościół św. Mikołaja, w którym rodzice ochrzcili małego Karolka. Zapewne nie spodziewali się wówczas, że prawie 250 lat później szlakiem jego imienia wędrować będą turyści. Świątynia stała w okolicy tutejszego dworu rodziny von Raczek (warto zerknąć na herb w formie raka na portalu nad głównym wejściem). Kościoła już tu nie uświadczymy. Jeszcze przed II wojną został przeniesiony do Borowej Wsi. Młody Carl spędził w Przyszowicach jednak więcej czasu. W tutejszej szkole parafialnej rozpoczął swoją edukację, którą kontynuował w jednej z najlepszych szkół w regionie – męskim gimnazjum przy klasztorze cystersów w Gross Rauden (Rudach Wielkich), dokąd wysłali go rodzice, zdający sobie sprawę z wartości wykształcenia. Następnie wyjechał do liceum w Opawie. Nie najgorszy status społeczny rodziny, zapewnił Carlowi dobry start, jak na warunki przełomu XVIII i XIX wieku. Często przypisuje mu się historię awansu w stylu od pucybuta do milionera, jednak nie pochodził on z typowych nizin społecznych. Ojciec był nadleśniczym w lasach przyszowickich i makoszowskich oraz właścicielem kilku majątków ziemskich. Rodzinę stać było na wykształcenie syna. Na Górnym Śląsku nie wydarzały się historie w stylu silesian dream, nawet w tak przełomowych latach dla śląskiego przemysłu. Bieda nie dawała wielkich szans na społeczne awanse. Prawdą jest jednak również to, że Karl Godula nie pochodził ze szlachty, nie miał koneksji i sam zbudował swoje imponujące imperium.


W wieku 20 lat Godula znajduje zatrudnienie u potentata przemysłowego hrabiego Karola Franciszka von Ballestrema, właściciela majątku w Pławniowicach, Biskupicach i Rudzie. Ballestremowie byli ważnym rodem na Górnym Śląsku. Szczególnie Karl Franz przyczynił się do stworzenia potęgi przemysłowej oraz rozwoju ziem, po których wędrować będę śladami Goduli.


Godula pnie się po drabinie kariery. Od kasjera staje się głównym zarządcą dóbr hrabiego. Zajmuje się majątkami ziemskimi, działalnością leśną, uprawą roli, hodowlą bydła. Także w tych dziedzinach uznawany jest za innowacyjnego. Po sukcesie Carlhütte, do cynkowego biznesu, w drugiej połowie lat 20 XIX wieku dochodzą także kopalnie galmanu a później węgla kamiennego. Kupuje tereny pod eksploatację i wysyła prośby o nadania górnicze. Inwestuje, nabywa kolejne majątki ziemskie w Szombierkach, Orzegowie, Bobrku. Później także w Chudowie i Bujakowie (na który bierze jedyny kredyt), wraz z ziemią rolną i lasami. Przez lata jego przedsiębiorczych inwestycji zgromadził łącznie kilkadziesiąt hut cynku i żelaza, kopalń galmanu i węgla kamiennego (w większości posiadł tylko udziały) oraz inne przedsiębiorstwa przemysłowe, a także wiele mórg ziemi i lasów. Jako jeden z pierwszych łączył różne gałęzie przemysłu – górnictwo, hutnictwo, handel, rolnictwo, leśnictwo, transport – a ta wszechstronność również stała za jego sukcesem.


Ja za przewodnika obieram szlak Krawędziowy GOP i przez przypałacowy park a potem pieszo-rowerową ścieżką wzdłuż potoku Jasienica kieruję się na Chudów. Chwila odpoczynku pod Teklą przy chudowskim zamku i za czerwonym szlakiem Bohaterów Wieży Spadochronowej wędruję wzdłuż szpaleru przyzamkowych drzew, mijając centrum Chudowa. Kiedy kończy się zabudowa, nierzadko z czerwonej cegły, otwiera się panorama tak charakterystyczna dla tych okolic. Kojarzy mi się z Górnym Śląskiem sprzed wieków. Miejscem, gdzie rolnictwo współgrało z przemysłem. Na horyzoncie rozległych pól malują się liczne kopalniane szyby a z hutniczych kominów bucha biały dym. Brak tu zagęszczenia familoków, jednak życie mieszkańców silnie związane jest z górnictwem. Gdyby móc rentgenem zerknąć pod powierzchnie tych pól zobaczylibyśmy długie kilometry kopalnianych tuneli. Karol Godula sukcesywnie skupował te tereny, stając się właścicielem pokładów surowców pod Paniowami, Bujakowem i Chudowem. Być może odezwała się w nim nutka sentymentu za rodzinnymi stronami?



Na powierzchni prowadzą mnie sarny i konie. Za Bujakowskim potokiem docieram do Bujakowa. Godula kupił wieś w 1848, a kiedy zmarł, wdzięczni mu mieszkańcy (musiał być nienajgorszym zarządcą) zafundowali pamiątkową tablicę, która do dziś spoczywa na tyłach kościoła św. Mikołaja. Tablica informuje: "Jeśli zbrodnicza ręka zniszczy pomnik we Wrocławiu to jego wierna kopia jest tutaj postawiona".











Bujaków opuszczam wędrując ulicą Korfantego. Każdy element krajobrazu, topografii zdaje się mieć tu swoje śląskie motywacje. Na horyzoncie znów pola, szyby i kominy. Stare krzyże i figury przydrożne upamiętniają swoich fundatorów o zgermanizowanych śląskich nazwiskach. Na niebie wyszło słońce, świat stał się piękniejszy a tutejszy Śląsk jest jakby bardziej beztroski. W Paniowach skręcam w ulice Karola Darwina, aby po chwili zboczyć w las, który wyprowadza mnie wprost na kościół św. Mikołaja w Borowej Wsi. Ten sam, w którym w Przyszowicach ochrzczony został Godula. Drewnianą świątynię wybudowano w połowie XVII lub XVIII wieku – dokładną datę trudno jest dziś ustalić. Orientowana i otoczona sobotami świątynia jest perełką wsi i znajduje się na Szlaku Architektury Drewnianej województwa śląskiego. Będąc w Borowej Wsi nie można odmówić sobie także lodów u Soni. Próbuję połączyć tradycję z nowoczesnością, jedząc na szlaku Karola Goduli lody o smaku dubajskiej czekolady. Jako, że sam Godula nie bał się innowacji, zapewne by mu smakowały.


Halemba. Na początku była kuźnia.


Spod kościoła wskakuję znów na szlak Krawędziowy GOP. Prowadzi mnie obok stawów Korytnik, utworzonych przez kopalnię Halemba jako teren rekreacji dla swoich pracowników. I rzeczywiście, w dzisiejsze niedzielne popołudnie jest tu wielu spacerowiczów. Jestem na Halembie, dzielnicy Rudy Śląskiej silnie związanej z kopalnią, która przez pokolenia utrzymywała całe halembskie rodziny. Początki dzielnicy wiążą się z kuźniami żelaza zakładanymi wzdłuż Kłodnicy. Pierwsza, tzw. Althammer (Stara Kuźnia), założona została w 1394 roku na lewym brzegu Kłodnicy, terenu należącego wówczas do księstwa pszczyńskiego. Po drugiej stronie granicznej Kłodnicy, założono kolejne kuźnie. Jedna z nich należała do Jurka Halemby, od którego wzięła się nazwa wsi a potem dzielnicy. Z lasu wychodzę w Starej Kuźni, zaraz obok Waldschlossu, opuszczonego budynku dawnej luksusowej restauracji. Przede mną wyłania się halembskie monstrum – potężne szyby kopalni KWK Halemba oraz kominy niedziałającej już Elektrowni Halemba. Szyby zwą się dziś Grunwald, jednak pierwszy szyb, zbudowany jeszcze w 1944, nosił pierwotnie nazwę Karol Godula. Wpatruje się w grunwaldzkiego kolosa z mostu nad Kłodnicą. W tym miejscu funkcjonowała napędzana wodami Kłodnicy kuźnia, która rozpoczęła przemysłową historię dzielnicy. Przewińmy kilkaset lat do przodu - przemysł wciąż regulował życie właściwie każdego mieszkańca Halemby. Dopiero od niedawna to zaczyna się zmieniać. Maszeruję ulicami Kochłowicką, Orzeszkowej i Zapolskiej. W okolicy budowane są nowe osiedla domków jednorodzinnych. Bardziej okazałe i komfortowe od typowych familoków. Tylko widok z okna pozostaje ten sam – na kopalniane szyby i węglowe hołdy. Przez tutejszy las prowadzi mnie słabo oznaczony szlak Obrońców Polskiej Granicy, a za A4ką jestem już właściwie na Wirku.



Wirek. Światowa stolica cynku.


Na Wirku wita mnie czerwona cegła a nawet sielsko wiejski klimat zachowany przez kapliczki, pole rzepaku, biegające kury oraz jedną z tych bardzo starych chałup, które pamiętają jeszcze o swoim rolniczym rodowodzie. W końcu Górny Śląsk też był kiedyś wsią! Na tle niewielkiego skrawka ziemi rozciąga się galeria szybów kopalni Bielszowice. Z ulicy 1 Maja skręcam w prawo za szlakiem rowerowym i idę wzdłuż potoku Bielszowickiego (lub jak kto woli, Kochłówki), który przez Kłodnicę i Odrę łączy Górny Śląsk ze światem. Od tej pory poruszam się po świecie cynku, którym rządzi Godula. To właśnie jego przemysłowymi oczami zamierzam dziś spojrzeć na tę dobrze znaną mi dzielnicę.


Historię Wirku napisano cynkowymi literami. Na początek wita mnie hrabia Hugo Henckel von Donnersmarck. Wzdłuż Traktu Rudzkiego, czyli pieszo-rowerowej ścieżki prowadzącej z Wirku do Nowego Bytomia, rozciąga się wielka pocynkowa hałda dawnej huty cynku Hugo. Teren, choć wiekowy, jest spory a czerwona ziemia zdaje się wciąż pamiętać czasy prężnego funkcjonowania Hugo Zinkhütte. Południowy fragment hałdy jest dziki i zarośnięty. Ten położony za ulicą Nowary został częściowo zrewitalizowany i oddany mieszkańcom. Choć przemysł wciąż tu z hołdy wychodzi... 



Wirek przez lata nosił nazwę Antonienhütte, od założonej w 1805 roku przez Łazarza Hanckla von Donnersmarcka huty Antonia, nazwanej na część jego żony. Antonienhütte była najważniejszym zakładem przemysłowym w dzielnicy. Na jej potrzeby hrabia otwarł także pierwszą wirecką kopalnię Gottessegen (w 1922 przemianowaną na Błogosławieństwo Boże), powiększaną w nadchodzących latach o kolejne pola górnicze. Jednym z jej pozostałości jest zabytkowy budynek nadszybia „Andrzej” (oryginalnie Aschenborn). Innym zaś, najsłynniejsza wirecka kolonia robotnica, a przy tym jedna z najstarszych na Górnym Śląsku – kolonia Ficinus. Została wybudowana przy dzisiejszej ulicy Kubiny dla pracowników kopalni Gottessegen, kierowanej przez Georga Ficinusa, radcę górniczego i zarządce dóbr Donnersmarcka. Składa się na nią 16 niskich, jednopiętrowych domów wykonanych z piaskowca, czyli dość oryginalnego materiału jak na śląskie warunki. Dziś osiedle otaczają bloki z lat 70, także wybudowane dla pracowników kopalni KWK Pokój. W 1867, kiedy zakończono budowę koloni, stała ona wśród pól, a za domami znajdowały się ogródki, budynki gospodarcze, hodowano inwentarz. Czas poza pracą mieszkańcy poświęcali na uprawę roli, hodowlę zwierząt. Na Ficinusie również łączono bycie robotnikiem i rolnikiem. Dziś już zrewitalizowany Ficinus był jedną z pierwszych kolonii robotniczych, którą wpisano na listę zabytków, co właściwie uratowało kolonie przed zniszczeniem.


Nieopodal stoi inny ciekawy obiekt, Dom Uchodźców – wybudowany w 1921 roku dla śląskich/polskich migrantów zza niemieckiej granicy, która po plebiscytach podzieliła Górny Śląsk. Dwa wireckie domy rozpoznamy poprzez niewielkie płaskorzeźby z wędrowcem, które zdobią elewacje. O niemieckich, choć nie tylko, mieszkańcach Wirku przypomina neogotycki kościół ewangelicko-augsburski wybudowany w 1902 roku dla licznych wiernych tego wyznania. Dekoracyjną rozetę dopełnia inskrypcja: „Ein feste Burg ist unser Gott ” (Warownym grodem jest nasz Bóg), wraz z datą budowy. O wiele potężniejszy jest katolicki kościół św. Wawrzyńca i św. Antoniego z wysoką wieżą zegarową. Zerkając na kościół z góry zobaczymy, że otacza go betonowa wylewka chroniąca świątynie przed szkodami górniczymi. Przy kościele wzdłuż ulic Katowickiej, 1-go Maja oraz Ściegiennego wybudowano tzw. Werdon – osiedle domów robotniczych. Nie jest pewne czy była to kolonia dla weteranów I-wojennej bitwy pod Verdon lub mieszkania dla pracowników – Werkdom. Wirek jest dzielnicą, gdzie przemysłowi magnaci na potrzeby wciąż rozrastającej się dzielnicy budowali kolejne kolonie robotnicze. Warto przyjrzeć się jeszcze familokom wzdłuż ulic Katowickiej, Sienkiewicza, Dąbrowskiego, Tuwima, Targowej. Choć Wirek był dzielnicą robotniczą, miał także swój miejski charakter. Okoliczni mieszkańcy przybywali tu na zakupy, do restauracji. Znajdziemy tu kamienice mieszczańskie. Dawny Wirek upamiętniają dwa murale przy skwerku u zbiegu ulic Sienkiewicza i Tuwima.



Kawałek za Hugo Zinkhütte działała huta cynku Liebe-Hoffnung (Miłość-Nadzieja), na której zrewitalizowanych dziś terenach wybudowano najsłynniejsze wireckie atrakcje, targowisko, Plazę a ostatnio Górę Antonia, która jest cynkową hałdą a więc bezpośrednią pozostałością po działającej tu cynkowni a także przykładem świetnej rewitalizacji poprzemysłowej hałdy. Stanowi chętnie odwiedzane miejsce spacerów i relaksu. To miejsce, gdzie ekologia spotyka się z przemysłem a posadzone tu gatunki roślin mają ograniczać rozprzestrzenianie się zanieczyszczeń, toksyn, metali ciężkich, od których wciąż gęsto na poprzemysłowych hałdach. Góra Antonia to także świetny punkt widokowy, skąd rozciąga się piękna panorama na przemysłowy krajobraz Górnego Śląska a nawet beskidzkie szczyty. Koroną hałdy jest zaś szyb Wanda KWK Pokój. Przyglądając się temu śląskiemu krajobrazowi nachodzi mnie myśl, że ja i Karlik żyliśmy na zupełnie innym krańcu przemysłowej epoki. On na samym jej początku, kiedy możliwości były wielkie a perspektywy wydawały się nieskończone. Ja na samym końcu przemysłowej epoki Górnego Śląska, a przynajmniej tej znanej od XIX wieku. Jednak złota era nie może trwać wiecznie. Każdy piec kiedyś wygasa. Dziś Górny Śląsk ma szanse odkryć w sobie inne pokłady, już nie węgla, lecz innego surowca – idei, pomysłów, wartości, rozwiązań. Tylko potrzebny nam jest współczesny Karol Godula.



Jeszcze tylko lody u "Kurpaski” (jedne z najlepszych na świecie! + warto zerknąć na ciekawe kafelki) i mogę ruszać dalej.


Nowy Bytom. Wielki Piec i galeria czerwonej cegły.


Przeskakuję z jednej pocynkowej hołdy na drugą. Poprzemysłowe hałdy zajmują aż 5% powierzchni Rudy Śląskiej. Kierując się Traktem Rudzkim mijam zrewitalizowany teren Amfiteatru Rudzkiego oraz zabłocone tereny kopalni Pokój. Za ulicą Niedurnego wchodzę na kolejną zrewitalizowaną pocynkową hałdę (najprawdopodobniej po funkcjonującej tu Rosamunde Zinkhütte). Roztacza się z niej typowo górnośląski krajobraz. Tak jakby spoglądać na starą fotografię. Nawet słyszę pianie kogutów. Na tle gołej, czarnej ziemi rozłożyły się ogródki działkowe a nad hałdzianymi pagórkami wyrastają szyby Lech I i Lech II. Tuż pod hołdą leży zaś osiedle Neubau, wybudowane w 1904 dla pracowników huty żelaza Friedenshütte (później Pokój) – prężnego zakładu, założonego przez żydowskich przedsiębiorców: Davida Loewenfelda, Moritza Friedländera i Simona Loewiego. To niezwykłe jak blisko ludzi był niegdyś przemysł, zakłady, kominy. Dziś mówi się o zachowaniu work-life balance. Kiedyś praca była całym życiem. Dawała opiekę, ubezpieczenie, edukacje, rozrywkę – w skrócie, wolność. Dziś o wolności słyszymy raczej w historiach z cyklu „rzuciłem prace w korporacji i wyjechałem w Bieszczady”.



Kontynuuję spacer przez kolonie robotnicze Nowego Bytomia. Tym, którzy chcieliby poznać robotniczą architekturę Górnego Śląska spokojnie można polecić Frynę. Ta lokalna nazwa dzielnicy pochodzi od najważniejszego zakładu na Nowym Bytomiu, czyli Friedenshütte. Znajdziemy tu przekrój śląskiego budownictwa. Od budynków rodzinnych w typie kamienic jak te przy ulicy Furgoła. Typowe proste familoki przy Parkowej. Wysokie gmachy mieszkalne przy Wojska Polskiego. Do tego budynki miejskich kamienic przy Niedurnego i Rynku oraz wille urzędnicze. A wszystkie wybudowane dla pracowników Friedenshütte. Nowobytomskie kolonie utrzymują swój niepowtarzalny charakter. Miłą dla oka harmonię tworzą tu okna tradycyjnie malowane na czerwono w familokach górniczych lub na zielono w tych hutniczych (białe, jak sugeruje śląski wic, są dla goroli). Nikt nie wpadł tu jeszcze na pomysł przykrycia czerwonej cegły styropianem. Najbardziej rozczulają mnie jednak zawsze nie same budynki (choć i te, nawet w najprostszy formach są starannie zaprojektowane, z nutka robotniczego artyzmu), a to co wokół nich. Ławki, małe ogródki, huśtawki, klopsztangi. Plac to była wspólna i ważna społecznie przestrzeń, będąca przedłużeniem domu. Nowy Bytom to także przykład kontrastu dziejowego – spomiędzy czerwonych cegieł wyrastają bloki z wielkiej płyty.



Zanim dojdę do kolejnych charakterystycznych osiedli, mijam głównego sponsora dzielnicy – Hutę Pokój oraz monumentalny Wielki Piec. W swoim najlepszym okresie, Friedenshütte odpowiadała za prawie 25% produkcji hutniczej na Górnym Śląsku. Co nie dziwi, patrząc na te 40-metrowe monstrum, które za każdym razem mnie zachwyca. Słyszałam, że piec ma zamienić się w platformę widokowa, hutniczą wystawę. Wiele z rewitalizacyjnych pomysłów, szczególnie tych najpotężniejszych poprzemysłowych zabytków spotyka się z trudnościami (dla przykładu: Elektrownia Szombierki, Szyb Krystyna). Na szczęście, Wielki Piec jest w rękach miasta, a nie szemranych prywatnych inwestorów. A Ruda Śląska zdecydowanie potrafi zająć się swoim dziedzictwem, co jeszcze nie raz potwierdzi na tym szlaku. Na razie pod Wielkim Piecem powiewają hasła niezadowolenia ze zmian jakie na Górny Śląsk przynosi współczesność.



Idę dalej. Mijam budynek portierni przy bramie II Huty Pokój z płaskorzeźbami hutników i górników. Za hutą wyłania się słynny Kaufhaus. Tak dziś mówi się o całym osiedlu patronackim (oczywiście Friedenshütte), choć sama nazwa nawiązuje do budynku domu handlowego otwartego w 1904 i będącego wówczas najnowocześniejszym na Górnym Śląsku. Początkowo osiedle nazywane było Gute Hoffnug i powoli się rozbudowywało o kolejne budynki, poprzecinane siecią torów. Zobaczymy tu więc architektoniczny przekrój od najstarszych w dzielnicy przyhutniczych jednopiętrowych domów robotniczych, przez typowe szeregowe familoki i reprezentacyjne kamienice o lepszym standardzie, przeznaczone dla urzędników i majstrów. Na osiedlu powstały szkoły, szpital, lecz rangę osiedla podkreślił dopiero Kaufhaus. W tamtych latach domy handlowe budowane były tylko w miastach, czyli tam gdzie ludzi, a dokładnie klasę średnią, stać było na zakupy. Budowa domu handlowego wzmacniała pozycje zakładu, była powodem do dumy dla jej pracowników oraz symbolem nowoczesnego świata. Na Morgenroth Strasse stanął wzorowany na berlińskich domach handlowych modernistyczny budynek Friedenshütte-Kaufhaus, gdzie otwarto sklepy spożywcze, tekstylne, zakład fryzjerski, trzy restauracje, rzeźnię, spichlerz czy chłodnie. Zdobiony secesyjnymi motywami gmach stał się centrum dzielnicy. Wnętrze domu handlowego częściowo zachowało swój szyk, z ceramicznymi kafelkami z kwiatowym motywem czy metalową, secesyjną balustradą (dziś wewnątrz królują sklepy z odzieżą używaną, swoją drogą, moje ulubione). Zachowało się jednak najważniejsze – śląska atmosfera, malowane na czerwono i zielono okna i nieodzowna śląska cegła, która wraz z czasem (i brudem) nabiera charakteru. Był to najczęściej używany surowiec przy budowie robotniczych osiedli. Każdy mieszkaniec Kaufhausu widział z okna Wielki Piec a popiół z kominów osiadał na parapetach. Ta bliskość pracy i domu jest również czymś charakterystycznym dla urbanistyki Górnego Śląska. Wygoda, oszczędność czasu, a także choroby i śmierć w tych mało ekologicznych czasach. O tym jak wyglądało życie pod kominami hut słyszała dziś już cała Polska, dzięki niezwykle popularnej historii ołowianych dzieci (o której wspomniałam tutaj).



Huty i kopalnie przenikały się. Jedne były zastępowane innymi. Na granicy Nowego Bytomia i Chebzia istniała niegdyś huta cynku Gute Hoffnung, na terenie której powstało osiedle Kaufhaus. Pamiątką po hucie jest nazwa ulicy Dobrej Nadziei. Swego czasu ową hutę wykupił Godula, razem z hutą Morgenroth.


Chebzie. Jutrzenka Pyntla.


Maszeruję ulicą Pileckiego, niegdyś główną ulica osiedla zwaną Gute Hoffnung Strasse, prowadzącą wprost na dworzec kolejowy w Chebziu. Dziś to zalesiony obszar przecięty DTŚką. Niegdyś cała okolica pokryta była orzegowskimi lasami, w tym chabaziami, od których nazwę wzięła dzielnica (choć to jedna z wielu teorii pochodzenia nazwy). Podobno to właśnie Karol Godula po raz pierwszy użył w źródłach pisanych nazwę Hebzie. Skręcam w ulicę Szafranka i przechodzę obok, nie zliczę już której, kolonii robotniczej. Architektura kolonii Morgenroth (Jutrzenka), wyróżnia się trochę od typowych familoków. Na osiedle składa się kilka wielorodzinnych domów z wielospadowymi dachami, elementami dekoracyjnymi, wieżyczkami. Mnie kojarzą się dość luksusowo, prawie jak pałacyki, posiadające własne mini obory i chlewiki. Jutrzenkę wybudowano jako osiedle patronackie kopalni Paulus-Hohenzollern. Historia tej kopalni dobrze obrazuje przemiany jakich doświadczał Górny Śląsk. Na terenie Chebzia, Goduli i Orzegowa działały niewielkie pola górnicze – udziałowcem części z nich był Karol Godula. W 1842 roku została mu nadana kopalnia Paulus a pięć lat później ruszyło wydobycie. W 1862, a więc już po śmierci Goduli, połączono ją z innymi polami górniczymi, na obszarze Orzegowa (kopalnia Gotthard), Bobrka (Gräfin Johanna) i Szombierek (Hohenzollern) tworząc wielki konglomerat węglowy Paulus-Hohenzollern, należący do spadkobierczyni Goduli, Joanny Schaffgotsch. Paulus-Hohenzollern Grube była jedną z najlepiej wyposażonych w Prusach. Kopalnia zatrudniała setki osób, budowała osiedla, pozwoliła rozwinąć się okolicy. Po podziale Górnego Śląska, podzielono także wydobycie. Kopalnia Hohenzollern znalazła się w niemieckim Bytomiu, a Paulus i Gotthard (przemianowane na Paweł i Karol) po stronie polskiej. W PRLu kopalnie Paweł połączono z KWK Wawel i ostatecznie zlikwidowano pod koniec lat 80-tych. Tę wielką i ważną kopalnię w symboliczny sposób upamiętnia wagonik z węglem, stojący tuż obok budynku dworca na Chebziu.



Budowa dworca, a przede wszystkim uruchomienie w 1845 roku linii kolejowej, połączyła Gliwice z Katowicami (a szerzej Wrocław z Mysłowicami) i była kluczowym wydarzeniem dla dzielnicy oraz całej okolicy. Kolej ułatwiła wywóz, transport i handel węgla i cynku, będąc ważnym czynnikiem rozwoju Górnego Śląska. Pociąg stawał na stacji Morgenroth, jak oficjalnie nazywało się Chebzie (czy nie ładniej brzmiałaby dziś nazwa dzielnicy Jutrzenka?). Odrestaurowany budynek zabytkowego dworca PKP Ruda Chebzie z pseudo murem pruskim został przemieniony na wyjątkową bibliotekę (jedną z najpiękniejszych na Śląsku). Przed dworcem znajduje się Bibliogród – ogród ważnych dla regionu twórców literackich, którzy ze Śląska uczynili głównego bohatera swoich literackich rozważań.



Podobnie jak górnicy i hutnicy, także pracownicy kolei otrzymali swoją kolonię, zlokalizowaną dziś wokół ulic Dworcowej, Przedtorze i Zabrzańskiej. Innym patronackim osiedlom przyglądam się przy ulicach Węglowej i Plac Szkolny. Zaskakujące z jakiej mnogości architektonicznych rozwiązań korzystano w tak wydawałoby się prostych czasach. Budynki różnią się formą i wielkością. Niektóre posiadają elementy drewniane, inne mansardowe dachy, zdobione elewacje, ramy okienne, balustrady. Łączy je czerwona, przybrudzona czasem cegła oraz robotniczy charakter. W Chebziu, jak nigdzie indziej, zachował się klimat śląskiej kolonii robotniczej. Wokół pełno gołębi – ich hodowla była kiedyś głównym hobby robotników. Gołębiami zajmowali się to podczas czegoś wcześniej nieznanego – czasu wolnego, który paradoksalnie pojawił się dzięki zmianowej pracy w zakładach. Huty i kopalnie pozwalały wykorzystać czas wolny na rozwijanie talentów i pasji poprzez działalność przyzakładowych drużyn sportowych, grup malarskich czy doskonalenie muzycznych umiejętności w górniczych orkiestrach.



Przechodzę obok symbolu dzielnicy, z którym kojarzy ją każdy Ślązak – wielkiej pętli tramwajowej z rondem z zabytkowym wagonem. Tramwaje były ważnym środkiem transportu, łączyły zakłady, miejscowości, ludzi. Przechodzę pod torami ulicą Dworcową i zerkam na niewielki Park Paweł – utworzony na terenach po byłej kopalni Paweł (Paulus), która rozciągała się na lewo od ulicy. Teren nie jest zabudowany, na razie przejęła go poprzemysłowa natura, niewielki lasek i kilka stawów.

Komentarze


bottom of page